Trzask prask i po trzasku
Wstęp historyczny
Moje przygody z winylami powoli zbliżają się do kolejnej okrągłej różnicy. Przychodzą mi do głowy kolejne refleksje i nakłaniają do kolejnych uogólnień czy podsumowań. Tak to już jest, że immanentną cechą płyty winylowej są trzaski wywołane rysami, ale także brudem panującym w fabrykach. W moim przypadku winylowego weterana dodatkowo pozostał pewna trauma związana z kolekcjonowaniem płyt w latach 60-tych. Jak wiadomo, celem zasadniczym była możliwość słuchania płyt "zachodnich" wobec powiedzmy to oględnie skromnej oferty ówczesnej radiofonii. Nie mniej płyty pojawiały się ale jak się już pojawiły to ich liczba odniesiona do liczby chętnych do słuchania była bardzo skromna. Płyty były więc wysłuchiwane do upadłego krążyły bowiem drogą wymiany między poszczególnymi winylowcami. Winylowcy zresztą tworzyli mały krąg w porównaniu do fonoamatorów których od czasu pojawienia się tanich szpulowców było całkiem sporo. To oznaczało, że przeciętna płyta jak nam trafiał do rąk był bardziej lub mniej, jak to mawiano, "złojona". I to wrażenie oczekiwania na trzask lub przeskok towarzyszy winylowcom starej daty podobnie jak oczekiwanie na nieznośny ból towarzyszyło wtedy zasiadaniu na fotelu dentystycznym. Przypominam przy okazji że stomatologów wówczas nie było przybyli do Polski później...
To dlatego część z nas zafascynował się płytami CD które zaczęły się pojawiać na rynku.
Rzecz jasna starym fanatykom zależało wówczas na posłuchaniu ulubionych płyt w pełnej okazałości technicznej czyli bez trzasków i bez oczekiwania na trzaski.
Płyty CD dawały taką nadzieję....
Skąd się wzięły własne CD
Wydawaniu płyt CD towarzyszyły i nadal towarzyszą pewne patologie.